czwartek, 29 września 2011

Zanim wręczysz szefowi wypowiedzenie...


Dziś wpis gościnny, którego autorem jest Marek Trenkler 


http://www.flickr.com/photos/simulacoes
Koty karmi się mlekiem. Króliki uwielbiają marchewkę. Praca w domu jest lepsza od pracy na etacie. Co łączy te trzy zdania? No, co? Oczywiście: stopień prawdziwości.   Korzystając z zaproszenia Gospodarza tego bloga, trochę jak ta owca w stadzie wilków postaram się z perspektywy moich -nastu już lat pracy w domu pokazać, że pozory czasem mylą.

Moja serdeczna znajoma, pracująca na etacie, jakiś czas temu zachorowała i przez dwa tygodnie nie było jej w pracy. Oczywiście powstały zaległości, ale ta, zamiast je w pocie czoła nadrabiać, tuż po powrocie do pracy z „chorobowego” poszła na urlop.

-        No przecież muszę iść na urlop, bo inaczej nie dostanę „gruszy” - rozwiała moje wątpliwości.

Dokładnie. Ja pracuję 12 miesięcy w roku, ona – 11, bo ma 26 dni roboczych płatnego urlopu, a więc w sumie miesiąc. I nie dość, że za ten miesiąc, kiedy nie pracuje, pracodawca jej płaci, to jeszcze jej dopłaca ekstra z funduszu świadczeń socjalnych. Płaci pracownikowi dodatkowo za to, że ten odpoczywa! Ja, jeśli chcę mieć urlop, muszę na niego zarobić, a po powrocie odrabiać potężne zaległości. W praktyce zresztą jest to niemożliwe: gdybym zamknął firmę na dwa tygodnie, nie byłoby do czego wracać.


Wspomniana znajoma pracuje od poniedziałku do piątku, ja – siedem dni w tygodniu. Ona o 15:30 wychodzi z pracy, natomiast moja praca nie ma początku ani końca. Ona oprócz normalnego wynagrodzenia może liczyć na nagrody z zysku i okresowe premie – ja mam aż i tylko ekwiwalent tego, co sam wytworzę i sprzedam.

A wracając jeszcze do choroby. Gdy taka się zdarzy, pracownik etatowy dostaje za czas nieobecności prawie całość swoich zarobków. Ja w razie czasowej niezdolności do pracy dostałbym nędzne grosze i prawdopodobnie stracił iluś klientów.

Powiesz, Czytelniku, że na tle tego, co opisuje Gospodarz w „20ojrodziennie”, wszystko to nie ma sensu: przecież można postawić stronę albo pięć, wypozycjonować, porządnie rozmieścić reklamy – i można nawet iść na chorobowe, przecież ludziska wchodzą, klikają, a wujek Google za to płaci. Owszem, ale do czasu. Bo gdy uzna za stosowne, to blokuje konto.  Kto nie wierzy – niech wejdzie na forum AdSense i poczyta. Iluś z tych, którym zablokowano, do dziś nawet nie wie, za co. A przecież wujka Google'a do sądu nie pozwą, boć to za ocean by się trzeba było kopnąć. Oczywiście: jeśli komuś się uda stworzyć sobie dodatkowe źródło dochodu w taki sposób jak Gospodarz – niech mu Bozia w euro wynagrodzi. Ale budować na takich podstawach cokolwiek? Bardzo, bardzo to ryzykowne.

Mam w gronie znajomych na Facebooku pewną przemiłą panią dyrektor. Dodam: z prywatnej, nie państwowej firmy. Jest chyba fachowcem w swojej dziedzinie, a już na pewno znakomicie jej się powodzi. Musiałem jednak zablokować jej posty na mojej tablicy, bo od rana do późnego popołudnia nic tylko co parę minut ślady kolejnych zmagań z grą FarmVille. Kiedyś, pół żartem, pół serio, skomentowałem któryś z takich postów uwagą: „teraz wiem, czym się naprawdę zajmuje w pracy polska kadra zarządzająca”. A pani dyrektor na to: „zbudowałam dobry zespół, oni sami świetnie pracują, nawet nie muszę ich pilnować”.

I w tym tkwi chyba sedno sprawy. Można mieć świetnie płatną i nader rzadko męczącą lub stresującą pracę na etacie, a przy tym wszelkie przywileje wynikające z Kodeksu Pracy i ew. regulacji wewnątrz firmy. Będąc w takiej sytuacji, ani przez chwilę nie pomyślałbym o pracy w domu.

Czemu więc ja ileś lat temu wybrałem samozatrudnienie i „domowe zacisze”? Z konieczności, bo:

    mam naturę samotnika, najchętniej pracuję sam, jak Brudny Harry, źle się czuję w zespole

     mam „sztywny kark”, nie nadaję się więc do tego, by mieć szefa: każdy szef mnie znienawidzi, z wiadomymi konsekwencjami

     jestem domatorem, najlepiej się czuję we własnych czterech ścianach

I po -nastu latach pracy w pojedynkę wiem, że na etat nie wrócę za żadne skarby, nie umiałbym już. Bo z pracy w domu po pewnym czasie nie ma już powrotu na etat. 

Nie chcę zmęczyć ani zanudzić Czytelników zbyt długim postem. W moim blogu InterJAK zajmuję się tym tematem szerzej, poświęcę mu co najmniej trzy odcinki – zainteresowanych serdecznie zapraszam.
 
Na sam zaś koniec pewna refleksja. Dziś w pewnym serwisie społecznościowym widziałem konto użytkownika, opisane słowami „Zajmuję się marketingiem sieciowym i tę drogę polecam wszystkim”. Być może kogoś skusi. Ale warto też pamiętać, że każdy człowiek, „pracujący w Internecie”, to ktoś, kto niczego nie tworzy w świecie realnym. Nie buduje dróg ani mieszkań, nie produkuje maszyn ani żywności, nie leczy ludzi etc. A im mniej realnych produktów i usług, tym są droższe i trudniej osiągalne. Tym  biedniejszy kraj, tym biedniejsze jego społeczeństwo. Także i o tym warto chyba pamiętać, podejmując decyzję o wyborze zawodowej drogi.